PANOWIE ŻYCIA I ŚMIERCI CZĘŚĆ 14

PANOWIE ŻYCIA I ŚMIERCI CZĘŚĆ 14

W kolejnym felietonie z cyklu „Panowie życia i śmierci” chcę przedstawić postać księdza Kazimierza Stachowiaka. Od 1930 roku był proboszczem w Stęszewie. Został zamordowany w obozie w Dachau. Na podstawie relacji świadków, mówiących o znęcaniu się i katowaniu przez Hansa Waltera, księdza Czesława Cofty, który niegdyś był wikarym w Konarzewie, możemy przypuszczać, jak ten sam kat traktował w forcie VII księdza Stachowiaka.

Według relacji świadków, w obozie w Dachau Niemcy bili go drewnianymi pałkami po piętach. Zamordowali go, a raczej zamęczyli, dnia 7 sierpnia 1942 roku. Kilka dni przed aresztowaniem dzwonili z Poznania, z Gestapo do komendanta niemieckiej policji w Stęszewie i pytali o dr Stanisława Górzyńskiego, Władysława Antkowiaka oraz proboszcza Stachowiaka i innych członków organizacji podziemnej „Ojczyzna”.

Komendant policji niemieckiej w Stęszewie był prawym i sprawiedliwym człowiekiem. Nigdy nie słyszałem złego słowa o tym Niemcu, można powiedzieć, że był aniołem. Poszedł pieszo do księdza Stachowiaka, prosił go, aby się ukrył, albo uciekł. Jednak ks Stachowiak odmówił. Stwierdził, że nikomu nie zrobił krzywdy i nie ma się czego obawiać. Jednakże się mylił. Po kilku dniach został aresztowany i osadzony w forcie VII.

Chcąc przybliżyć mieszkańcom Stęszewa, co wycierpiał przedstawiam zeznania świadków, jak Hans Walter zamęczył na śmierć księdza Coftę.

Nie mogłem nigdy ustalić nazwiska Niemca, komendanta w Stęszewie. Nikt ze starszych ludzi, którzy go pamiętali, nie znali jego nazwiska. W czasie wojny wszyscy mieszkańcy Stęszewa mówili na niego „Polizei Maister”. Gdy został odwołany ze stanowiska komendanta, odjeżdżał z posterunku przez Rynek, w kierunku na Buk, na pięknym, czyściutkim koniu, który nawet kopyta miał wypolerowane i wypastowane. Był bardzo ładnie ubrany, a jego buty lśniły z daleka. Na trasie od posterunku w kierunku na Buk, setki ludzi go żegnało. Z głośnym okrzykiem życzyli mu szczęśliwej drogi i tego, by prowadził go Bóg. Z uśmiechem dziękował i kiwał ręką.

Jego następcą został folksdojcz (Polak niemieckiego pochodzenia). Pochodził z Rosnówka, nazywał się Kohl. Był bardzo złym człowiekiem,. Słyszałem też relację świadków, że w czasie rewizji w jednym z domów przy ulicy Wojska Polskiego, zimą na strychu, na haku wisiała zabita świnia. Dokładnie sprawdził cały dom, łącznie ze strychem, lecz świni „nie zauważył”. Albo był to cud, albo po prostu nie chciał jej widzieć. Za nielegalny ubój groził obóz w Żabikowie, a potem Oświęcim.

Wracając do Polizei Maistra, to w roku 1991 Józef Dalc ze Stęszewa opowiadał mi, jak w czasie wojny był na Rynku. Spotkał go tam komendant i powiedział, że ma iść z nim na posterunek. Pan Józef nie bał się, bo wiedział, że komendant jest dobrym człowiekiem. Weszli do budynku. Na środku stał piec typu koza. Rura była podłączona do komina. „Polizei Maister” ustawił krzesło obok pieca i kazał mu usiąść. Ze swojego biurka wysunął szufladę, w której znajdowały się dziesiątki donosów. Położył szufladę na kolanach pana Dalca. Wyjął fajerki, kółka z pieca haczykiem i kazał wszystkie koperty wrzucać do ogania. Nie pozwolił panu Dalcowi ich czytać, ponieważ twierdził, że Polacy lubią się między sobą mścić. „Polizei Maister” był tak dobrym człowiekiem, że jak dostał donos na kogoś ze Stęszewa lub okolic, to pieszo szedł do ludzi i mówił, że danego dnia, o danej godzinie będzie rewizja i aby było czysto i ładnie. Może dlatego władze odwołały go ze stanowiska komendanta w Stęszewie.

Relacja świadka Janiny Jadwisiak -Kabacińskiej

– W beczce z drutu kolczastego stał ksiądz, po tygodniu, gdy wracaliśmy z pola z komandem, on już leżał przewrócony z koszem.

Po wojnie ustalono według akt U.S.C. Poznań akt zgonu Nnr P3572/44, był to ksiądz Czesław Cofta, proboszcz parafii w Lubaszu, w powiecie czarnkowskim. Urodzony 26 czerwca1910 roku w Rogoźnie. Zamordowany w obozie w Żabikowie 4.10.1944 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz