Panowie życia i śmierci, część 6.

Panowie życia i śmierci, część 6.

Wspomnienia mojego ojca Ludwika Tomaszewskiego z obozu w Żabikowie.

Ojciec mój został skierowany do przymusowej pracy u Niemca Baldoka w Tomiczkach w gminie Stęszew. Uciekł rowerem z pracy i ukrywał się nad Źródełkiem w Żarnowcu. Ktoś na niego doniósł. Niemcy zrobili na niego polowanie i osadzili go w obozie karnym w Żabikowie. Ojciec opowiadał, że w obozie było kilka baraków z więźniami politycznymi, którzy mieli wyroki w obozie o zaostrzonym rygorze. Na ulicy Młyńskiej w Poznaniu, gdy więzienie było pełne i nie nadążano ścinać skazańców na gilotynie, to sędziowie Andritschke i Pollok skazywali na więzienie karne o zaostrzonym rygorze. Więźniowie przeżywali w nim od trzech do góra trzydziestu dni. Wieczorem Niemcy tych z obozu o zaostrzonym rygorze i wpędzali z baraków więźniów, zazwyczaj było ich około 10 osób. Zmuszali do wejścia do betonowego basenu wypełnionego wodą. Następnie wypuszczali z kojców ostre wilczury. Rano, po apelu więźniowie wyciągali z wody ich martwe ciała.

Ojciec opowiadał, że nie wiadomo, jak długo pływali, ale nigdy nie zdarzyło się, aby rano jeszcze ktoś pływał. Niemcy więźniów osadzonych za małe przewinienia, tak jak ojca za porzucenie pracy u Niemca – wozili codziennie samochodami ciężarowymi pod brezentem na ławkach, do pracy do Cegielskiego. Pilnowało ich dwóch z karabinami maszynowymi. Kiedyś u kolegi ojca, gdy wrócił z pracy przeprowadzono rewizję. Niemcy znaleźli małe wiertło, którego zapomniał wyjąć z kieszeni. Został skazany za sabotaż na studnię śmierci. Był to ogromny, drewniany słup, wysoki około 10 metrów. Był na nim zamontowany zbiornik z wodą. Na dnie była wywiercona mała dziurka. Skazańca przywiązywali do słupa, głowę także i woda kapała na ogoloną głowę. Człowiek umierał po kilku dniach w strasznych cierpieniach. Być może dlatego, po wojnie podczas ekshumacji grobów w Dębienku, trudno było znaleźć na zmarłych ślady po kulach. Dużo ofiar było gazowanych spalinami, topionych w basenach i umierali od studni śmierci – powoli i długo – w strasznych cierpieniach. W dniu, gdy ojcu kończył się wyrok, niemiecki gospodarz Baldok z Tomiczek przyjechał po ojca do obozu w Żabikowie. Miał wóz zaprzężony w jednego konia. Po drodze Niemiec obrócił się do ojca i powiedział: „Pamiętaj na całe życie, choćbyś miał racje, to musisz być posłuszny i pysk musisz trzymać”.

Ojciec też opowiadał, jak Alianci zbombardowali zakłady Cegielskiego. Kilka bomb spadło obok poczty przy dworcu zachodnim. Tego dnia po bombardowaniu, ojca oraz innych załadowali na „cytryny” (tak nazywali samochody ciężarowe, widocznie były to jakieś modele Citroenów) i zawieźli do sprzątania po bombardowaniu. Zbierali z płotów ręce, nogi, jelita, włosy z kawałkiem czaszki i okiem.

Matka później mówiła, że ojciec, gdy wrócił z obozu, to był sino-granatowy. Podczas rewizji znaleźli u ojca w pasiaku zwinięte w kostkę zdjęcie matki. Bili go i katowali tak długo, aby powiedział, kto to jest. Mało brakowało, aby przepłacił życiem za to, że nie chce wyjawić informacji.

 

Brak komentarzy

Napisz komentarz